Pierwsze kroki

Od kiedy tylko pamiętam, zawsze stawałam murem za nakładaniem podkładu dłońmi. Aplikacja płynnych podkładów palcami wydawała mi się najlepszym, sprawdzonym przeze mnie wielokrotnie rozwiązaniem. Kiedyś, za dzieciaka, próbowałam nawet z gąbeczkami, ale nie było jeszcze instruktażu na YT, a i blogosfera raczkowała dopiero w kuluarach Internetu. Pierwsze, nieudane doświadczenia z akcesoriami do podkładów skutecznie na długie lata odwodziły mnie od wypróbowania wciąż pojawiających się ulepszaczy życia.hakuro 1

Po obejrzeniu wielu tutoriali, jak poprawnie nakładać podkład, stwierdziłam że zaryzykuję jeszcze raz. Najwyżej utwierdzę się w swej racji, że palce są najlepszym  sprzymierzeńcem podkładu. Znalazłam w zakamarkach łazienki gąbeczkę. Zwykłe płaskie koło, dodawane do większości pudrów prasowanych. Na pewno nie było zbyt dobrej jakości, ale jak na testy to idealne rozwiązanie. Zwilżyłam lekko gąbeczkę, jak Internety radzą i zaczęłam rozprowadzać podkład w płynie. I co ciekawe, wyszło! Nawet lepiej, niż się spodziewałam. Idąc za ciosem…. Poczytałam, obejrzałam kolejne filmy instruktażowe i zdecydowałam się na zakup pędzla. Pierwszy profesjonalny pędzel do makijażu – uznałam, że musi być dobry jakościowo. Co za tym idzie, oczywiście błędnie myśląc, musi być też drogi. Przeglądając ceny pędzli momentami serce mi stawało. Szybko dokonałam weryfikacji własnych przemyśleń. Nie zajmuję się profesjonalnie makijażem. Podkład nakładam co rano, ale zazwyczaj w pośpiechu. Żaden z moich podkładów nie ma szczególnych zastosowań i nie wymaga równie szczególnej przez to aplikacji. Poza tym to pierwszy pędzel, pierwszy w życiu…. Jak wcale mi się nie spodoba ta metoda? Będzie płacz nad drogim produktem, bo tyle cukierków mogłam kupić za te pieniądze. Jeszcze raz przejrzałam to, co natrafiłam w sieci. Postawiłam na wszechobecnie polecany pędzel Hakuro, ten słynny H50. Zapłaciłam niecałe 30 zł. Dowiedziałam się przy okazji, że do nakładania płynnych podkładów najlepsze jest włosie syntetyczne. Byłam świecie przekonana, że naturalne zawsze góruje nad syntetycznym, a tu niespodzianka!

Próba generalna

Przystąpiłam do pierwszej próby. Oczywiście nie rano, nie przed pracą. Jakby wyszło fatalnie to cały misterny plan dotarcia do pracy, co do minuty ustalony z góry, legł by w gruzach. Przygotowałam twarz do makijażowych rewolucji, tak jak zawsze. Oczyściłam, nawilżyłam i sięgnęłam po pędzel. Zwilżyłam go równie delikatnie, jak wspomnianą już wcześniej gąbeczkę. Pierwsze chwile były traumatyczne. Kompletnie nie wiedziałam, w jaki sposób ten podkład umieścić na twarzy, by rozetrzeć go pędzlem. Ale szybko się z tym uporałam i zaczęłam delikatnie nakładać odpowiednią porcję. Najpierw roztarłam go na wybranej partii pędzlem, później tak jak Internet radzi, „wklepałam go” obstukując również pędzlem skórę twarzy. To niesamowite, jak niewiele podkładu potrzebowałam do ujednolicenia kolorytu cery. Nałożyłam idealnie bardzo cienką warstwę, nad czym ciężko zapanować stosując tylko palce. Tutaj muszę ostrzec, że pędzel wetrze w skórę każdą ilość podkładu, jaką zaaplikujemy więc uważajmy! Nie wolno przesadzać z nadmiarem, by nie wyglądać jak manekin. Zwracać trzeba również uwagę na równomierne rozprowadzenie jednakowej ilości podkładu na całej twarzy. Niby tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale z bliskiej odległości widać, że jeden policzek ma więcej koloru na sobie niż drugi. Nie ukrywam, że użytkowanie pędzla co rano, nawet po nabraniu wprawy, trwa dłużej od stosowania własnych dłoni, ale warto. Efekt jest nieporównywalnie lepszy, subtelniejszy, bardziej naturalny.

Pamiętajmy o regularnym czyszczeniu naszego pędzla. Niestety podkład błyskawicznie gromadzi się w jego zakamarkach i przez to wymaga częstej pielęgnacji.